sobota, 25 lutego 2012

Que sera... czyli o czym wkrótce.

Niebawem o kufelku wykutym z krążka blachy miedzianej, zdobionego samodzielną ( nie wspomagana i nie łączoną z inną) techniką trybowania.
Kilka zdjęć półproduktu.






"Żabka Z Wytrzeszczem"

Kolejny wisiorek z miedzi, dość prosty, jeśli nie liczyć kutej, jednolitej kargi, w którą oprawiłem naturalny koral. Kując ją zawsze należy być ostrożnym.
Nie miałem korala pod postacią kaboszonu a akurat koral pasował mi do kompozycji jak ulał. Miałem tylko koralik kulisty z korala więc przeciąłem go piłką jubilerską na pół wzdłuż rozwiertu.
Serduszko jest lekko wklęsłe i ma wyraziste fakturowanie. Powierzchnia między kargą a serduszkiem jest oksydowana na gorąco po namaszczeniu woskiem pszczelim, co dało silny, czarny światłocień oddzielający kargę i podstawę wisiora. Resztę powierzchni oksydowałem chemicznie brązową oksydą.
Kargę do podstawy lutowałem nowym, z dawna upragnionym nabytkiem - mikropalnikiem (kurde, nareszcie!).


Wymiary wisiorka: 4.2 x 2.9 x 7 mm.







piątek, 24 lutego 2012

"Badając Jakość Kotleta Mielonego" czyli wisior na wernisaż.

Moja siostra zamówiła wisior do stroju na wernisaże swoich wystaw. Wymagania: duży, z ciemnego drewna, inkrustowany srebrem. Wysłałem jej kilka projektów. Wybrała ten, który i mnie podobał się najbardziej. Wisior wykonałem, spełniając wszystkie wymagania.
Wymiary: 7.5 x 4 x 1 cm.
Materiały: wenge (czerwony orzech), srebro pr. 925, miedź (krawatka).
Powierzchnia  woskowana.





czwartek, 23 lutego 2012

Stary sztylet - nowy młotek. Precyzyjny "bossing hammer".

Uparłem się, żeby mieć nowy młotek, repusujący, precyzyjny, o powierzchniach roboczych ukształtowanych w wypukły owal.
Kluczową sprawą było znalezienie odpowiedniego materiału na żeleźce. Metal musi pracować długo i znosić wielokrotnie powtarzające się naprężenia impulsowe czyli w prostych słowach: będę nim walił przez długi czas w każdej robocie, do której się nada.
Miałem stary, ułamany sztylet, zachowany z czasów aktywności w ruchu odtwórców historycznych. Służył mi dobrze przez wiele lat ale w końcu pękł na trzpieniu rękojeści. I teraz sobie o nim przypomniałem. Stal kuta, sporo węgla, trochę chromu i manganu - kwalifikuje się!
Najpierw trochę namęczyłem się ze zdjęciem jelca z trzpienia.


Potem zacząłem kształtować końce jelca, najpierw co z grubsza, geometrycznie. Metodycznie, krok po kroku.



Potem wyobliłem oba końce obracając jelec w dłoni i lekko dociskając do gumowej tarczy z krążkiem ściernym, zamocowanej do wiertarki. Wtedy przyszła kolej na polerkę. Wiertarka, krążek filcowy z nabitą pastą polerską zielona. Końcówki żeleźca przyszłego młotka są już gładkie i geometrycznie perfekcyjne.



 Trzeba wyszykować trzonek. Mam sporo wypróbowanego, wytrzymałego drewna w piwnicy. gatunek - bóg raczy wiedzieć jaki z rodziny klonowatych.  :?
Z grubej deski wyciąłem kwadratowy w przekroju trzonek. Jeden koniec zredukowałem pod wymiar otworu w żeleźcu, osadziłem żeleźce, zaklinowałem dwoma gwoździami , którym uciąłem łebki a ostrza wyszlifowałem w klin.
Drewno nasyciłem woskiem pszczelim rozpuszczonym w terpentynie balsamicznej ze sporym dodatkiem pokostu lnianego. Po takiej impregnacji drewno trzonka utwardzi się i rozpęcznieje a żeleźce będzie się trzymać mocno.





Solidny, precyzyjny, kwadratowy i zaokrąglony przekrój trzonka dla lepszej kontroli w trakcie pracy - wszystkie założenia spełnione.
Niebawem zostanie sprawdzony podczas kucia ozdobnego kufelka!

wtorek, 14 lutego 2012

Czerwone bamboszki dla Wewióry.


Czy ktoś z szanownych Czytelników i Czytelniczek wie, co robili rycerze w wolnym czasie, tj, gdy nie oddawali się ani amorom, ani łowom, ani treningowi sztuki władania orężem?
Zjawisko zaczęło się, jeśli dobrze pamiętam w jedenastym wieku, gdy zaczęły się pierwsze powroty z wypraw krzyżowych. Rycerze z krajów arabskich przywieźli do Europy sztukę robienia na drutach. Oddawali się temu zajęciu niejednokrotnie z wielkim zapamiętaniem, pewnie większym, niż ich żony, tkające gobeliny lub haftujące na tamborku, no bo ile można.
Podobnych ciekawostek jest wiele jeszcze w historii choć nie są one powszechnie znane.
Kiedyś byłem odtwórcą historycznym, więc idąc za tym nurtem zrobiłem mojej Pani na szydełku pyszne czerwone bamboszki. Półsłupkami (chyba), inaczej nie potrafię. Krwistoczerwone będą pasowały do jej ślicznych rudych włosów i do temperamentu. Spodobały jej się, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu!










A w nagrodę za bamboszki dostałem pyszny sernik!




Inny wymiar piękna kwiatów czyli trwała odmiana róży.


Wielu kowali robi kute róże. Wiem, że temat jest, nomen omen oklepany ale jeszcze tego nie robiłem a chciałbym spróbować tworzenia wszelkich możliwych form.
Obejrzałem tutorial na YouTube, w którym klasyczny kowal, kujący na gorąco pokazywał wszystkie etapy tej pracy.
Moje kucie na zimno wymagało pewnych korekt i zmian w tych procedurach. Jednocześnie, jak zwykle uczyłem się na żywej tkance. Myślę sobie, że teraz byłbym w stanie zrobić różę nawet mniejszą, co jest oczywiście trudniejsze, i zrobić różę trochę ładniejszą.
Największą trudność sprawiło mi lutowanie. Z braku palnika musiałem je wykonać nad palnikiem kuchenki gazowej, co nie było zbyt wygodne i wymagało pewnej gimnastyki. Efekt - niezbyt ładne luty, choć na szczęście też niezbyt widoczne oraz oparzone paluchy.
Róża ma długość 18.5 cm, szerokość kwiatu wynosi ok. 3 cm.
Pracę dedykuję wszystkim kochającym i kochanym.